wtorek, 25 czerwca 2013

Nadwiślański "Survival Enduro" oraz trasa rowerowa w Jabłonnie

Od jakiegoś czasu planowałem odwiedzić Jabłonną, gminę położoną tuż pod Warszawą. Przy okazji Pucharu Mazwosza zbudowano tam bardzo przyjemną, mierzącą 3,5km, trasę z małymi hopkami, dropami, korzeniami i masą serpentyn. Można tam nawet znaleźć rock gardeny.


Wystartowaliśmy z Michałem (aka Rowerowy Partyzant) z okolic stacji metra Młociny. Na drugą stronę Wisły przejechaliśmy przez most Marii Skłodowskiej-Curie czyli, liczący sobie niewiele ponad rok, Most Północny. Pierwszy raz tam byłem na rowerze i muszę przyznać, że robi wrażenie. Sam most i system dróg do niego prowadzących jest ogromny. Wszędzie ciągną się też szerokie ścieżki rowerowe. No ale tego dnia nie po asfaltach, betonach czy kostkach mieliśmy jeździć. Jak tylko zjechaliśmy z mostu wpadliśmy na ścieżki pełne kałuż i poczułem, że nasza wyprawa się właśnie zaczyna na dobre.

02. Fota z Google Maps, tereny naszej przeprawy

Chwilę jechaliśmy wałem nad Wisłą, ale to była zdecydowanie za prosta trasa :) Trzeba było sobie jakoś urozmaicić przygodę, więc bez chwili zastanowienia wlecieliśmy bliżej rzeki, w błotne chaszcze i ścieżki, które nie wyglądały na zbyt często uczęszczane. Zabawa zaczęła się na całego, najpierw Partyzant oznajmił, że właśnie nabrał do buta, wszechobecnej na naszej trasie, wody. Niewiele później też mnie to spotkało, bo za szybko chciałem pokonać wyżłobienie pełne brunatnej cieczy.

Dojechaliśmy do ślepego zaułka, trzeba było trochę się cofnąć, później znowu to samo. W końcu stanęliśmy przed wyborem, albo wracamy na wał, albo dalej przebijamy się wątpliwą ścieżką. Wiadomo co wybraliśmy :)

03. Nasza "ścieżka"

Masa chaszczy, wysokich pokrzyw, wszędzie zwalone drzewa oraz gałęzie chcące nas wysadzić z roweru. Ah, no i nie można zapominać o tysiącach, setkach tysięcy, komarów ;) Zapomnieliśmy wziąć środków na komary, więc te krwiożerce bestie naprawdę porządnie dawały nam się we znaki. Gdyby nie one było by dużo więcej zdjęć, i pewnie filmów, ale niestety tak uprzykrzały każde zatrzymanie się, że staraliśmy się być w ciągłym ruchu.

Zaczęliśmy się śmiać, że to Survival Enduro uprawiamy. Powstała nowa dyscyplina ;) A tak na poważnie, to nasza trasa jest kolejnym przykładem na to, że w Warszawie, i w okolicach, jest naprawdę sporo ciekawych miejsc na nieszablonowe rowerowanie :) Zdecydowaną większość trasy udało się pokonać na dwóch kółkach, czasem trzeba było się wesprzeć nogą, czy przenieść rower przez zwalone pnie.

Bo bojach w "Amazońskich lasach" dotarliśmy nareszcie do trasy w Jabłonnie. Po drodze minęliśmy jeszcze bardzo klimatyczny Pałac prymasa Michała Poniatowskiego. Niestety dokładnie w momencie ujrzenia pierwszych hopek przednia przerzutka Partyzanta wymiękła i odmówiła współpracy. Stalowa linka się rozwarstwiła, nacięta od końcówek stalowych drutów pancerza. Bez sensu. Na miejscu nie było jak tego naprawić, ale na szczęście dało się z tym jeździć, tylko zmiana biegów była uciążliwa...

04. Pierwsze hopki w Jabłonnie, leci autor tekstu ;)

05. A tu Partyzant

Czas pochwalić budowniczych z Jabłonny. Naprawdę super pobudowali przeszkody. Niby to Cross Country, ale nawet bardziej ekstremalni rowerzyści znajdą tam coś dla siebie, szczególnie polecam to miejsce do nauki latania. Zdecydowanie idealna miejscówka do szkolenia się. Przeszkody są zbudowane z głową, długie najazdy, dobre lądowania. Jak ktoś lubi dużo podjazdów to też bardzo mu się tam spodoba. Są też dropy. Całość jest położona na podłużnym, obrośniętym bujną roślinnością, pagórku i ścieżki przecinają go w każdym możliwym kierunku. Masa serpentyn, kilka band. Jeśli miałbym szukać dziury w całym to jedynie niektóre zakręty moim zdaniem trochę zbyt ostre, trzeba było sporo przyhamować, żeby się zmieścić, nawet przy wybraniu najbardziej optymalnej ścieżki przejazdu, a chciało by się szybciej lecieć ;) Ale ogólnie naprawdę zacne miejsce, na pewno jeszcze tam wrócę.

06. Otwarta buzia, tego dnia zjadłem 2 komary ;)

07. I następny lot

Najbardziej mi się spodobała seria dwóch skoczni, pierwsza większa i druga mniejsza. Skoki na nich zostały utrwalone na filmiku poniżej. W rzeczywistości, ta położona wyżej, wydawała mi się sporo wyższa niż to wyszło na filmie. Potrzebowałem dłużej chwili, aby pierwszy raz tam polecieć. Ale przemogłem się i radość była coraz większa z każdym udanym lotem :)


To były dopiero moje drugie skoki w tym sezonie, więc byłem (i nadal jestem) z siebie dumny ;) Nie było żadnej gleby, co bardzo cieszy :) A nie, była, jedna, prawie na prostej drodze haha. Już właśnie zbieraliśmy się do powrotu i wywaliłem się, już po udanym zjeździe ze ścianki, prosto w piach. Hehe, wyglądało to co najmniej głupio ;) Nic mi się nie stało, było trochę śmiechów :)

I to chyba na tyle. W drodze powrotnej do Warszawy spotkał nas spory deszcz. Jak już moknąć, to na całego, więc zaliczyłem jeszcze sprint po kałużach w ulewie :) Wracałem cały przemoczony i brudny, ale było warto :D

Jeszcze kilka fotek:

08. Schodki, na końcu był mini-rock garden

09. Dropik

10. Partyzant po pokonaniu dropa


Autorzy zdjęć:
1,3,4,6,7,9 - Rowerowy Partyzant
5,8,10 - TrzecieKolo
2 - Google Maps
Symboliczna obróbka wszystkich fotek - TrzecieKolo

5 komentarzy:

  1. Powroty do domu na brudno i mokro są tylko oznaką, że przynajmniej w życiu nie jest nudno ;]

    OdpowiedzUsuń
  2. A możesz zaznaczyć na mapie jak tam dojechać od mostu?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z mostu jedziesz po prostu wałem aż do pałacu w Jabłonnie, i później uliczkami - tu masz dokładną lokalizację trasy:
      http://connect.garmin.com/activity/314503784#.UZfgfkZtYdo.facebook

      Usuń
  3. aktualizacja: trasa w średnim stanie. drewnianych hopek w ogóle nie ma

    OdpowiedzUsuń

Jak by co, to tu jest regulamin komentarzy.

Zobacz też inne ciekawe i popularne artykuły rowerowe!